niedziela, 29 maja 2016

Rozdział 12


Nora w której zamieszkiwał złodziej – a nie dało się tego inaczej nazwać – była ciasna,  brudna i zaśmiecona. Nadawała się idealnie na kryjówkę da Ensisa.  Nie było szans by ktokolwiek go tu znalazł.  Gdyby chciało mu się szukać... Kryjówka umieszczona była na uboczu,  z dala od centrum miasta. Na dachu jednego z starych,  zrujnowanych niemal bloków.  Z okien widać było wszystko co działo się na zewnątrz,  stąd podkraść się niepostrzeżenie,  nie dało. 
Na ziemi walały się stare ubrania i jakie szmaty. Pod ścianą leżał przeżarty przez robaki materac. Na środku: kulawy stolik zarzucony resztkami jedzenia. Ściany nosiły ślady zacieków,  miejscami odchodził  z nich tynk. Elektryczność i hydraulizacja nie działała rzecz jasna. W nocy jedynym źródłem światła pozostawała stara lampka na baterie i ewentualnie jakieś latarki. Rankiem przez brudne szyby niechętnie przesączał się szarawy blask. 
Kiedy Ensis wszedł tam po raz pierwszy zaraz zmarszczył niechętnie nos. Pachniało stęchlizną i zepsutym jedzeniem. 
- Jak można tak, żyć?  - mruknął do siebie. Owszem,  na pustyni poza murami życie było trudne. Jednak nikt nie mieszkał w takim syfie,  bałaganie. W brudzie,  niczym zwierze. A temu człowiekowi?  Zastraszonemu,  zdziczałemu to nie przeszkadzało. Chodziło o to by jakoś przetrwać. 
Złodziej rozejrzał się nerwowo. 
- Co teraz? - zapytał,  przestępując z nogi na nogę. Wyglądał jakby chciał stąd jak najszybciej prysnąć.
- Po pierwsze, powiedz,  jak mam się do ciebie zwracać?
Złodziej minę miał niemrawą. Najchętniej by się z tego wykręcił,  jednak nie chciał się Ensisowi narażać. Instynkt mu mówił,  że ma do czynienia z silniejszym. 
- Griego - wymamrotał. Podróżnik kiwnął głową z zadowoleniem. 
- Dobrze. Więc najpierw z łaski swojej pomożesz mi uporządkować tą norę. Nie mam zamiaru siedzieć w tym syfie. 
Złodziej znów rozejrzał się nerwowo a w jego oczach błysnęła panika. Już widział swoją czarną przyszłość. Przybysz zapewne odbierze mu jego kryjówkę,  przejmie jego teren,  i w końcu dla złodzieja pozostaną jedynie ochłapy. 
- Nie zamierzam zostawać tu długo - napomknął więc Ensis - Ale jak nie będziesz się rzucał i mi pomożesz może i jakoś ci się odwdzięczę - jego twarz przybrała groźny wyraz - Chyba,  że spróbujesz się mnie pozbyć. Wtedy pożałujesz. 
Złodziej natychmiast żarliwie zapewnił,  że niczego próbować nie będzie. Ciężko powiedzieć czy podróżnik mu uwierzył czy nie. Tak czy siak był zmuszony tu zostać. 
Do zmierzchu wszystkie śmieci zebrali do worków i wystawili je poza teren mieszkania. Szmaty i ubrania złożono w jednym miejscu. Ensis znalazł koło wejścia wielki zbiornik z deszczówką,  więc także pozbyli się brudu i pyłu. Czyste okna wreszcie przepuszczały więcej światła.
Wieczorem zmęczeni usiedli pod ścianą. Griego wyciągnął skądś trochę jedzenia którym pokrzepili się po męczącym dniu. Złodziej w końcu się chyba trochę przyzwyczaił się do podróżnika.  Nie zachowywał się już aż tak nerwowo,  nawet się kilka razy z własnej woli odezwał. 
Ensisowi w sumie było go nawet żal. Niejednokrotnie spotykał się z ludźmi w potrzebie. Ale nie mógł sobie pozwolić na okazywanie teraz słabości. Cienia sympatii - może. Ale nie litości. 
- Będę miał jutro dla ciebie zadanie - mruknął - A teraz powiedz... Gdzie tu się znajduje szpital? 
Złodziej zmarszczył brwi.
- Szpital?  - spytał - W centrum miasta,  ale... Dostać się tam ciężko. 
- Masz plan miasta? 
- Owszem 
- Daj no go tu. 
Złodziej niechętnie wstał i przyniósł plan rozrysowany na płachcie szarego papieru. Gdzieniegdzie rozmazał się tusz którym ją rozrysowano. Znalazły się nawet i tłuste plamy od jedzenia. Griego położył papier na podłodze i wygładził go rękoma. Wskazał palcem jakiś prostokąt na obrzeżu miasta. 
- Tutaj jesteśmy. - teraz wskazał miejsce gdzieś w centrum zabudowań - Tutaj jest szpital. Nikt wejścia nie pilnuje,  tylko,  że w środku trzeba się wylegitymować.  Złapią każdego jak nic. 
- Chyba,  że dadzą się nabrać... 

***

Młoda lekarka wybiegła przed szpital.  Przed chwilą doniesiono jej,  że z zewnątrz dochodzą wrzaski,  jakby kogoś rozrywano na strzępy. Teraz już umilkły,  lecz nie dawało to dobrej nadziei.
Wyszła przez szklane drzwi na zewnątrz. Pierwszym co rzucało się w oczy były umazane krwią schody. A na nich jakiś człowiek. Ktoś inny pochylał się nad nim,  chcąc pomóc. Najwyraźniej jednak nie bardzo wiedział co zrobić. 
- Proszę się odsunąć - warknęła lekarka. Nieznajomy odstąpił. Ranny mężczyzna kulił się,  ciężko dysząc.  Oczy zaszły mu łzami,  z nosa ciekła krew. Przyciskał do torsu okrwawione ręce. Najwyraźniej musiało go tam piekielnie boleć. Albo też chciał ukryć ranę. Lekarka uklękła przy nim i delikatnie dotknęła jego ramienia. Krzyknął z bólu. Ręka wydawała się jakoś dziwnie zniekształcona.  Zapewne złamana. Kobieta rzuciła okiem na stojącego nadal obok mężczyznę. 
- Pomóż mi go wnieść - nakazała. Chwycili go razem pod barki i wciągnęli do środka. Na końcu korytarza wsiedli do windy. Na podłogę skapywały już coraz niechętnej krople krwi. Nadawały koszmarny akcent chorobliwie białemu otoczeniu. 
Rannego zaprowadzili do pustej sali,  złożyli go na łóżku. Lekarka rozejrzała się za sprzętem medycznym. 
- Przypilnuj go - powiedziała do drugiego mężczyzny i szybko opuściła salę. 
Wtedy Ensis przystąpił do akcji. Oczywiście to on i Griego odstawili tą scenkę. Zwędziwszy ubrania miejscowych udali się pod budynek szpitala.  A tam,  no cóż... 
- Nie wybaczę ci tego - warknął z załzawionymi oczyma złodziej,  przecierając rękawem zakrwawioną twarz. Ensis podszedł do drzwi i szybko zabarykadował je za pomocą krzesła. 
- Musiało to wyglądać realistycznie. 
- Po to przecież miałem ozdobioną rękę - podciągnął rękaw. Pod warstwą bandaży znajdowało się kilka połamanych kijków i listewek imitujących złamaną kość. Odsłonięta nie nabrałaby nawet największego laika,  jednakże okryta ubraniem dawała pożądany efekt. Szczególnie,  że zwykle ranni też nie są zbyt chętni do pokazywania obrażeń. To wystarczyło by nabrać lekarkę na chwilę. Szczególnie gdy Ensis doprawił całe przedstawienie rozbitym nosem złodzieja.  Dostali się do środka. Co więcej dostali się oboje,  czego się nie spodziewali. Taki dodatkowy bonus. 
- Nie marudź już,  tylko bierz się do roboty. Musimy się zwinąć zanim odkryją podstęp.
Griego ze skwaszoną miną wyciągnął z kieszeni pustą torbę. Tymczasem Ensis rozejrzał się po pokoju,  zaglądając do wszystkich szafek. Zaklął pod nosem trzaskając drzwiczkami ostatniej. Nie znalazł niczego przydatnego. Trochę aspiryny,  rękawiczki,  termometr,  stetoskop,  nic więcej. Jakieś papiery. A potrzebował leków. Wiedział,  że od tego może zależeć życie ludzi z Requiem. I Ev.  A ona musiała w końcu zabrać się do pracy. 
Odblokował drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Lekarka jeszcze się nie pojawiła. 
- Siedź tu i udawaj rannego - nakazał - Tylko nie pozwól się zbadać. 
Złodziej wyglądał na przerażonego. Zaczął gwałtownie kręcić głową,  kiedy Ensis zabierał mu torbę. 
- Złapią mnie! Złapią mnie i zaciągną do sądu!  Zabiją mnie! 
- Nie panikuj. Zaraz wracam. 
I wyszedł na korytarz,  udając,  że wie dokładnie co robi i dokąd idzie. Ludzi mających cel nie zaczepia się z pytaniem co tu robią i jak u licha tu weszli. 
Rozglądał się czujnie,  zaglądając przez uchylone drzwi lub nasłuchując dochodzących zza nich odgłosów. Tym sposobem w kilka minut znalazł to czego szukał. Wszedł do pustego laboratorium w którym rozłożono najrozmaitsze sprzęty przypominające narzędzia tortur. Paliły się wszystkie lampy,  chociaż nikogo nie było. Pod ścianą stały dwa regały z szklanymi drzwiczkami. Na półkach piętrzyły się najróżniejsze specyfiki. Niestety,  jak się okazało,  gdy szarpnął za uchwyt,  zamknięto je na klucz. Ensis,  wiedząc,  że musi się pospieszyć,  chwycił jakieś ostre narzędzie ze stołu laboratoryjnego i jął gmerać nim w zamku. Coś chrupnęło,  ale drzwiczki nie chciały się otworzyć. Mężczyzna wyjął swój prowizoryczny wytrych z zamka,  by stwierdzić,  że odłamał się jego czubek. Zacisnął zęby,  by nie krzyknąć z frustracji. Szarpnął za uchwyt. Drzwiczki z chrzęstem ustąpiły. Wyłamany zamek wykrzywił się pod dziwnym kątem. Może był już uszkodzony,  lub kruchy ze starości. Ensis nie zwrócił na to uwagi. Obchodziło go tylko,  że nareszcie dostał się do środka. Chwycił w rękę najbliższą buteleczkę czytając zapisaną na niej łacińską nazwę. Oczywiście zbyt wiele mu to nie dało.
Chwycił zwój leżącego w szafce bandaża i owijając w niego szkło wepchnął do torby jak najwięcej buteleczek. Potem wepchnął tam jeszcze garść znalezionych strzykawek i igieł. Dopiero wtedy ostrożnie przymknął drzwi szafki,  by nie zdradzały uszkodzeń. Wyjrzał na korytarz. Pusto. Ostrożnie wyszedł na zewnątrz. Przejście niezauważonym to jedno,  a wyniesienie torby pełnej leków to już coś całkowicie innego. 
Dopadł drzwi gabinetu w którym zostawił złodzieja. Zamknięte,  lecz słyszał dobiegające stamtąd głosy. Lekarka rzecz jasna zdarzyła już wrócić. Został tylko jeden sposób by go zabrać. Ensis położył torbę pod drzwiami gabinetu. Wszedł do środka,  nieskrępowany ciężarem leków. Nad siedzącym na kozetce Griegiem z niewyraźną miną,  pochylała się lekarka. Na widok wchodzącego na jej twarzy odmalowało się zdziwienie i złość. W końcu,  w jej mniemaniu zostawił rannego samemu sobie. Ensis szybkim krokiem zbliżył się do kobiety. Zaatakował szybko jak wąż,  ogłuszając ją uderzeniem w bok głowy. Ciało upadające na podłogę wydało głuchy odgłos. 
- Chodź - szarpnął złodzieja za ramię,  stawiając go do pionu. Bez słowa opuścił gabinet. Zatrzymał się przed drzwiami,  zabierając torbę z lekami. Griego zaraz do niego dołączył. 
- Już? - spytał jakby zdziwiony. 
- Zmywamy się stąd. Przeczekamy dzień czy dwa w twojej kryjówce. 
- A co potem? 
- Potem?  Znajdę sposób by uciec z miasta. 

***

Rick jak oniemiały wpatrywał się w otaczający go krajobraz. Wdychał świeże i jak inne od tego w azylu powietrze. Niosące ze sobą organizmy i alergeny o których nawet pojęcia nie miał. Czuł grzejące jego skórę słońce - dla mieszkańca azylu uczucie nieznane i niesamowite co równie szkodliwe. Światło atakowało jasną nieodporną skórę oraz oczy. Przebywanie na słońcu jest zdrowe... o ile nie jest to twój pierwszy w życiu raz. Evelyn w przeciwieństwie do Ricka miała szczęście. Na powierzchnie wydostała się nocą,  kiedy nie groziło jej jeszcze uszkodzenie wzroku,  udar i poparzenia słoneczne. 
Na razie jednak jeszcze rozkoszował się przebywaniem na powierzchni. Nie myślał o stworach które widział tu jako strażnik. Żadnego nie zauważył.  Co nie znaczy,  że one nie zauważyły jego. 
Szukające nieopodal pożywienia dzikie psy zwietrzyły nieznajomy acz apetyczny zapach. Ofiarę bezbronną,  nie zdającą sobie sprawy z ich obecności. Ciężko jednak by było podejść Ricka z racji,  że wciąż miał za sobą szyb windy. Z drugiej strony była to dla niego pułapka. 
Drapieżniki podkradły się jak najbliżej. Nie miały tu miejsca na wspólne manewry,  dlatego jeden z  nich wysunął się na przód. Zbliżającej się szybko bestii,  Rick nie mógł przegapić. Nim zdążył uciec,  pies rzucił się na niego. Swoją masą popchnął go wgłąb windy. Ten uderzył plecami w panel sterujący. Drzwi windy zatrzasnęły się z sykiem. Rick osłaniał się przed atakiem. Pazury szarpały mu skórę i ubranie, kły zatrzaskiwały się o włos od gardła. Odpychał od siebie stwora,  wciskając dłonie w jego krtań. 
Winda stanęła i wpadli do zakurzonego pokoju. Jedno wielkie kłębowisko kończyn,  kłów i pazurów. Rick starał się utrzymać psią paszczę jak najdalej,  jednakże zwierze posiadało niesłychaną siłę. Człowiek nie miał z nim szans. 
Kopnął stwora w pysk i skoczył na nogi,  rzucając się do ucieczki. Zaraz stracił równowagę i wpadł w stertę kartonów. W powietrzu zafurkotało.  To mechaniczny ptak rzucił się na pomoc,  atakując oczy zwierzęcia. 
Mężczyzna przesunął ręką wokół,  szukając czegoś ostrego. W stercie wysypanych z kartonów rzeczy coś błysnęło. Rick rzucił się w tamtym kierunku. Jego palce zacisnęły się na chłodnym metalu staromodnego pistoletu. Odbezpieczył,  wycelował,  strzelił. Nic. Broń była nienaładowana i zepsuta. Tymczasem pies odgonił od siebie maszynę. Ponownie rzucił się na człowieka.  Ten zaś zamachnął się z całej siły i uderzył w łeb bestii kolbą pistoletu. Rozległ się chrzęst łamanej kości i stwór zachwiał się na nogach. Jego oczy nabiegły krwią i w końcu zwalił się na ziemię. 
Rick upuścił pistolet. Ręce mu drżały. 
- Zabiłem to?  - spytał nie wiadomo kogo. Odpowiedziała mu cisza. Wtedy dojrzał leżącego na podłodze mechanicznego ptaka. Psie kły nadszarpnęły jakiś obwód i robot przestał działać. Mężczyzna ujął go w ręce i schował do kieszeni bluzy 
- Wrócę tu - obiecał sobie - znajdę broń,  naprawię zabawkę Ev,  mechanizm wskaże mi drogę. Powiem jej bratu prawdę. Niech wie. To ważne. 
Zamyślił się na chwilę po czym mruknął ciszej pod nosem. 
- Tak,  to dobry plan. 
I opuścił pomieszczenie,  pozostawiając leżącego na podłodze psa i rozrzuconą zawartość kartonów. 
Mijały godziny. 
Stwór na podłodze się poruszył. 
------------------------------------------------------
Proszę. Oto i mający pojawić się dawno temu rozdział. Pewnie roi się w nim od błędów, ale zwlekać już dłużej nie wypada.

niedziela, 28 lutego 2016

Rozdział 11

Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy po zbliżeniu do Apalis był wysoki, druciany płot, upodabniający miasto do niegdysiejszych obozów w pracy. Podłączono go do wysokiego napięcia. Teoretycznie miało to odstraszać zwierzęta. Idealnie służyło też zatrzymywaniu ludzi w środku. Na zewnątrz prowadziły dwa wjazdy po przeciwnych stronach miasta. Objęte całodobową ochroną. Uniemożliwiało to przekroczenie granicy w sekrecie.
W oddali, za pustym pasem ziemi otaczającym właściwe granice Apalis widać było setki ponurych budynków. Szarych blokowisk, fabryk i urzędów. Z wysokich kominów nawet nocą unosił się dym. Praca w mieście trwała nieprzerwanie. Produkowano w większości broń, lub przetwarzano żywność z podziemnych hodowli. Miejscowi nie posiadali maszyn rozwiniętych tak jak te z azylu, to też większość prac wykonywali ręcznie. Choć mogłoby się wydawać, że wiodą sielskie życie, chronieni przed potworami, to nigdy tak na prawdę nie rozstali się z wojną.
I ta wojna się toczyła, lecz poza ich zasięgiem. Wojna o przetrwanie.
Ensis zsiadł z cavaliera daleko przed miastem. Zabrał wszystkie bagaże po czym wypuścił zwierzę wolno. Powinno samo znaleźć sobie jakieś pożywienie i czekać w pobliżu, aż nie wróci. Wewnątrz natychmiast by je zastrzelili.
Piechotą ruszył w stronę wschodniej bramy. W świetle słońca dojrzał sylwetki strażników. Przeglądali mu się ciekawie. Nie atakowali, co było całkiem dobrym początkiem. W miarę jak się zbliżał dostrzegał coraz więcej szczegółów. W okolicach płotu czaiło się kilka dzikich psów. Znajdowały się poza zasięgiem broni, jednak na tyle blisko by dostrzec ewentualną zdobycz. Nie odważyły się atakować człowieka.
Na odsuwanej, metalowej bramie wymalowano niegdyś czarną farbą jakiś znak. Teraz ciężko było ocenić co miał przestawać. Przypominał coś między ptakiem a psem. Blacha z której wykonano bramę nosiła ślady licznych ataków. Obok śladów pazurów i zniekształceń królowało ogromne wgniecenie pośrodku. Zrobić je mogło jedynie naprawdę wielkie zwierze. Strażnicy na pewno odparli ten atak bez większego problemu.
Kiedy znajdował się dwa metry od bamy, ta odsunęła się z hukiem. Oczom Ensisa ukazał się niezbyt przyjemny osobnik. Krępej budowy, o zimnych, czarnych oczach. Wyglądał na takiego co wie, jak się posługiwać trzymanym w rękach karabinie. Na szczęście nie celował w niego. Pilnował bacznie czy żaden stwór nie próbuje się za nim wkraść.
- Szybko właź - warknął.
I tak znalazł się wewnątrz posterunku. Nadal jeszcze jedna brama oddzielała go od Apalis. Był w tak zwanym przedsionku. Tu łatwo poradzić sobie z niechcianymi intruzami. Nie miałby dokąd uciec. Rozejrzał się nieco nerwowo wokół. W myślach już szykował plan wydostania się na zewnątrz.
Zasuwane wejście szczęknęło za nim. Strażnicy wymierzyli broń w niego.
- Dokumenty - ten który go u wpuścił, wyciągnął wyczekująco rękę.
Dostać się do środka można było na dwa sposoby. Po pierwsze trzeba mieć dokumenty wystawiane podróżnikom oraz kupcom. Dostawały je osoby prowadzące stały handel między Apalis a okolicznymi obozowiskami. Inaczej wymagano wyrobienia ich natychmiast przy wejściu. Wtedy niestety zostawało się na zawsze powiązanym z konkretną dzielnicą i wymagało zadeklarowania swoich usług jakiejś fabryce. Dla tych drugich wydostanie się na zewnątrz pozostawało jedynie odległym marzeniem.
Ensisowi nie udało się zdobyć kupieckich dokumentów. Pozostanie w mieście nie wchodziło nawet w kwestię. Wyjął z kieszeni płaszcza plik zmiętych papierów licząc, że strażnicy nie połapią się w tej marnej podróbce. Na jego szczęście żołnierz tylko przesunął wzrokiem po tekście, nawet o nie czytając. Oddał mu dokumenty.
- Musisz uiścić opłatę - dodał beznamiętnym tonem. Zdradził go chciwy błysk w oku.
- Ile?
- Pomyślmy... - przymrużył oczy - Tysiąc za wejście i kolejne dwa za vizę na zewnątrz.
Ensis miał ochotę głośno zakląć i napluć mężczyźnie w twarz. Instynkt samozachowawczy przeważył. Sięgnął z pazuchę po czym wyjął plik zniszczonych banknotów.
- Tyle wystarczy? - niemal wysyczał przez zęby. Żołnierz sięgnął po pieniądze i niespieszenie przeliczył. W końcu skinął głową. Krzyknął coś do swoich podkomendnych. Mechanizm otwierający wewnętrzną bramę jęknął. Wejście stanęło otworem.
Strażnik odwrócił się z zamiarem odejścia.
- Viza - warknął Ensis.
- A tak - mężczyzna wygrzebał z kieszeni plastikową przepustkę. Rzucił mu ją pod stopy. Przybysz natychmiast podniósł ją z ziemi i ukrył za pazuchą. Nie uśmiechała mu się myśl o dołączeniu do traktowanych jak niewolników mieszkańców Apalis. Najszybciej jak mógł opuścił przedsionek i wydostał się na pusty pas ziemi.
Pusty to może zbyt dużo powiedziane. Przez pierwszych dwieście metrów nadal panowała pustynia. Potem jednak gwałtownie przeradzała się w zielone pola uprawne. System nawadniania i nawożenie gleby chemikaliami pozwoliło doprowadzić ją do stanu używalności. Genetycznie zmodyfikowane rośliny wytrzymywały upał. Choć ich smaku nie dało się określić przyjemnym, zawsze stawały się kolejnym źródłem pokarmu. Na większe urozmaicanie pozwalały uprawy znajdujące się w podziemnych halach, hodowane w  stuprocentowo sztucznym środowisku. Za to żadnych zwierząt nie trzymano na powierzchni. Zawsze istniała obawa, że uda im się zmutować w coś groźnego.
Zmarszczył niechętnie nos, gdy wreszcie dotarł go zapach miasta. Wkroczył między budynki. Powietrze przesiąkło dymem. Brakło tu drzew które wychwytywałyby zanieczyszczenia z powietrza. Pył osiadał więc na ulicach i budynkach tworząc czarny nalot. Całe to miejsc wydawało się jakieś obce. Kanciate, betonowe budynki, żadnych śladów zniszczeń. Podziemna część miasta powstała pod koniec wojny, tuż przed katastrofą która dotknęła tą część lądu. Początkowo miały to być jedynie bunkry dla miejscowej ludności. Przerodziło się to w coś nico większego, ale też bardziej wydajnego. Oczywiście nie na skalę Azlu. Ludzie nie potrafili wytrzymać siedzenia pod ziemią. Dlatego też niebawem nad podziemną częścią wyrosły budynki i fabryki.  Apalis zapewniało jedzenie oraz bezpieczeństwo. Niedobitki ściągały do niego setkami.
Dopiero potem nastał ponury reżim. Oczywiście do władzy dorwało się kilku takich, których powinno się o niej trzymać z daleka. Znaleźli swoich zwolenników. Odcięli innym dostęp do zaawansowanej technologii. Postawili swój przepiękny płot. Karmili ludzi kłamstwami, aż wreszcie wymyślili system w którym część ludności jest zmuszona do ciężkiej pracy, bez szans na ucieczkę, a reszta na tym korzysta. Nie pierwszy taki przypadek i nie ostatni.
Ensis rozejrzał się wkoło. Potrzebował znaleźć sobie jakąś kwaterę na czas pobytu w mieście. Na jego nieszczęście miejscowe władze nie były zbyt przychylne bezdomnym. Szczerze wątpił w znalezienie jakiegokolwiek hotelu. A o zakwaterowaniu w bloku kupieckim mógł tylko pomarzyć. Z lewymi papierami może i udało mu się wejść, ale prawdziwej administracji by nie oszukał.
Krążył więc jakiś czas po mieście. Mijał ludzi ubranych całkiem odmiennie. Patrzyli na niego podejrzliwie. Brudny, w znoszonych spodniach, lnianej koszuli i narzuconym na całość płaszczu wydawał się wyrwany z innej epoki. Drgnęło w nim wspomnienie z przeszłości, kiedy to sam nosił stroje z sztucznego włókna, barwione w rozmaite kolory. Ludzie żyli w przepychu z którego nawet nie zdawali sobie sprawy. Taka złota klatka.
Jakiś cień mignął w uliczce za nim. Zatrzymał się na chwilę, niby namyślając. następnie znów podjął wędrówkę, ukradkiem przyglądając się otoczeniu. Ponownie wychwycił jakiś ruch. Ujrzał sylwetkę człowieka. Ktoś najwyraźniej go śledził. Przed podjęciem odpowiednich kroków musiał się jeszcze upewnić. Skierował się ku gorszej części miasta. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Mieszkańcy Apalis powracali do mieszkań. Ulice powoli pustoszały.
Ogon nieco się ośmielił. Śledzący go człowiek podchodził coraz bliżej, aż wreszcie zupełnie skończył z ukrywaniem swojej obecności.
Ensis zatrzymał się w jakimś zaułku i gwałtownie odwrócił. Zlustrował szybko postać, oceniając zagrożenie. Niewysoki, nerwowy mężczyzna. Tłuste włosy opadały mu na czoło. W jego dłoni błysnął ukrywany nieudolnie nóż. Zwyczajny złodziejaszek. Choć zadziwiające, że udało mu się jeszcze uchować przed wzrokiem władz.
Złodziej spanikował. Widząc wpatrującą się w niego ofiarę, zaatakował. Ostrze śmignęło w powietrzu. Ensis po prostu usunął mu się z drogi. Mężczyzna stracił równowagę i wylądował na chodniku. Ensis wykorzystał  sytuację. Przygwoździł napastnika do ziemi.
- Czego chcesz?- syknął.
- To nie moja wina! Puść mnie! Oni kazali...
- Jacy oni?
W oczach złodzieja pojawił się błysk przerażenia.
- Zabiją mnie jeśli powiem! Miałem tylko ukraść vizę!
Ensis przemyślał wszystko jeszcze raz. Całość wyglądała logicznie. Bez przepustki nie wydostałby się na zewnątrz. Odebranie jej to najprostszy sposób na zatrzymanie przybyłych w mieście.
- Znasz tu dobre kryjówki?
Mężczyzna zaraz dostrzegł swoją szansę.
- Tak! Puść mnie, to cię zaprowadzę.
Ensis odsunął się, umożliwiając mu wstanie, zgarnął jednak szybko nóż  z ziemi. Nie chciał ginąć przez zwykłą niedbałość. Złodziej stanął raz dwa na nogach, otrzepując się z pyłu. Machnął ręką.
- Chodź, jedną mam całkiem niedaleko.
***
Rick jeszcze raz sprawdził mapę korytarzy. Sfrustrowany uderzył ręką o blat.
- To niemożliwe - warknął - Nie mogła tędy wyjść. Nie ma tu nawet oznaczonego korytarza.
Mechaniczny ptak przechylił nieco łepek.
- Dane mogły zostać uszkodzone. To jednak mało prawdopodobne.
Mężczyzna westchnął. Zamknął mapy i wyłączył komputer.
- Będę musiał to sam sprawdzić. - wstał od stołu. Mechanizm zerwał się do lotu po czym przysiadł mu na ramieniu. - Lepiej by było, gdyby cię nie zauważyli.
- Co ty robisz? - ptak poruszył się niespokojnie kiedy Rick nakrył go ręką. Mężczyzna ukrył mechanizm w kieszeni bluzy.
- Lepiej siedź cicho - zastrzegł, wychodząc ze swojego mieszkania.
Ruszył przez plątaninę białych korytarzy. W końcu stanął przed drzwiami dawnego domu Ev. Sięgnął do kieszeni.
- Teraz musisz mnie pokierować - nakazał mechanizmami. Rozejrzał się niespokojnie. Na szczęście nie było nikogo widać. Ruszył za wskazówkami mechanizmu. Powtarzał drogę, którą kobieta przebyła niegdyś z Ensisem.
Zagłębił się w starszą część korytarzy. W Azylu niczego się nie niszczyło. Dlatego powstało kilka opuszczonych miejsc, do których nikt nie miał ochoty wracać W przeciwieństwie o sterylnie czystej części, tu można było dostrzec stare pajęczyny, a podłogę okrywała warstewka kurzu. Część żarówek dawno się przepaliła, stąd Ricka niebawem otoczył niepokojący półmrok.
Zatrzymał się przed jakimiś drzwiami.
- To tu - potwierdził mechaniczny ptak.
- Na mapie niczego nie było - wyciągnął niepewnie rękę. Drzwi uchyliły się pod jej naciskiem.
Pomieszczenie było niemal puste, nie licząc ustawionych pod ścianą kartonów. Rick wszedł do środka i rozjarzał się. Ani śladu windy, szybu czy czegoś w tym stylu. Podszedł do pudeł. Zajrzał do jednego z nich. Pełno papierów, jakieś zdjęcia przedstawiające roześmianych ludzi. Nic szczególnie ważnego.
- I gdzie to twoje wyjście? - spytał ponuro. Ptak zatrzepotał skrzydłami. Podleciał na środek pokoju i zamarł w powietrzu. Ciszę przerywał jedynie monotonny  trzepot skrzydeł. Potem podleciał do jednej ze ścian.
- Tutaj. Jest zasłonięte metalowym panelem.
Rick uniósł brwi.
- Ev wbudowała ci takie mocne skanery? Nie szkoda jej było czasu.
- Mój model służy do infiltracji.
Mężczyzna machnął ręką.
- Nieważne.
Podszedł we wskazane miejsce i przyłożył ucho do ściany. Zapukał. Odpowiedziało mu echo. Zagwizdał przez zęby.
- No proszę, rzeczywiście coś tam mamy.
Spróbował odsunąć panel. Ku jego zdziwieniu ściana łatwo odsłoniła ukrytą za nią wnękę. Wskoczył do środka.
- Proszę bardzo, mamy windę, oraz jakieś klawisze. Pytanie, jak to uruchomić.
Uderzył w pierwszy lepszy klawisz. Metalowa przesłona odcięła go od pokoju.
- Zaraz zaraz!
Uderzył w panel nic to nie dało. Winda ruszyła ku powierzchni. Te kilkadziesiąt sekund wydawało się wiecznością. W końcu rozległ się przeciągły pisk i drzwi się otworzyło. Gorące powietrze ogarnęło jego twarz. Jak zauroczony wpatrywał się w świat przed nim. Świat, który widział już nie raz, lecz którego nie znał.
---------------------------------------------
Rozdział jest! Byłby wcześniej, jednak ten czas tak leci... Za to długi przynajmniej.
Mam do was pytanie. Czy bylibyście zainteresowani kolejną historią o Domu Wędrowców? mamy w niej... niech no pomyślę... jakiegoś paskudnego demona z uśmiechem na pół gęby, bibliotekę pełną kruków i gościa przedstawiającego się pod ksywką Loki (uprzedzam, że nie zamierzam wplątywać w całość mitologii nordyckiej. to tylko ksywka).
Wstawiać?